NATSUMI//demute//dominique
kultura//teksty//komiks

 

Zawieszeni gdzieś w otchłani bytu, pozostajemy zupełnie jak niedokończone sny. Zamknięci, przebudzeni...W źrenicy rozszerzonego oka, w przeraźliwej chwili, w momencie, który staje się epoką, przechodzi w czas rozpaczy-jedyny czas prawdziwego spełnienia. Pusta twarz, oczy pełne łez zmieszanych z krwią. Co oznaczają? To metafizyczne przebudzenie, to zestaw mdłych, sceptycznych pytań, które jak jaskrawe kolory wachlarza odpędzają natrętne myśli o realności-poczucie świadomości. Tylko wtedy zawieszeni w tej chwili, z przerażeniem mordowanego dziecka-istniejemy. Gdzie to prowadzi? Bez-czas i bez-przestrzeń, jakie to słodkie. Zapominani w swojej kulturze upadłego władcy. Zostajemy z pustymi twarzami, bez pamięci o sensie, bez zasad, bez imion. Jedyne co widać to otchłań ciemności i nicości. Jesteśmy na krawędzi, bez-świadomi własnego ja, niczym nigdy nie-poznana idea, metafora bez podmiotu. Zamrożeni w tym stanie oddychamy pustką, powoli wracamy. I dopiero następuje równomiernie i nieubłaganie ten okropny proces, z tego bezpośredniego jak sztylet wbijany w skroń uczucia, przypominamy sobie, kolejno, powoli, drgnienie po drgnieniu, imiona-znaki identyfikacji, system-niewola, zasady-kajdany zakładane każdej jednostce, czasowość-głównego cenzora i tyrana. Słyszymy głosy innych, ujawnia się z chwili na chwilę coraz więcej i więcej rzeczywiste iluzji, w którą tak pragniemy wierzyć. Następuje ulga, wytchnienie, zapętlony sen powrócił, to dobrze, że znowu zamknięto nas w przestrzennym labiryncie realności. Ach, dopiero teraz pamięć podsyła zaklęcia obrazów, tożsamość i realia, możliwości z góry ograniczone. Religia, Nauka, Sztuka-demoniczne oszustwa zamykające zmysły. Bez jaźni znaczy bez jasności. Wylegamy jak rzesze cieni, snując się po przestrzeni złamanej-zupełnie jak realność ze swoją złośliwością.

Ale czy metafizyczne przebudzenie zostawi ślad? Ukojeni systemem podporządkowania wobec czasu i rozumu. Wielcy ludzie...istoty pełne ukrytego podstępu. Nikczemni wygnańcy łudzący się i okłamujący samych siebie, bez końca, wzajemnie.Kontrola-zupełnie jak ograniczenie labiryntu, z którego nie można znaleźć wyjścia. Niekończący się koszmar rozwija się jak zgubiony i nieokreślony twór złośliwego maga. To jego dzieło, to jego sens. Nikt już nie pamięta, nawet on, kiedy to się zaczęło. Ale czy złapani i zatrzymani w niewiedzy-zresztą słodkiej, potrafimy się wzbijać? Czemu te jednostkowe jak błędy natury, osoby widzą iluzję? Kto pozwolił wpuścić szpiega-mordercę-sabotażystę? Kim jest ów cień dostrzegany przez wybranych? On spogląda gdzieś z wysoka. Czym jest ten, który wpatruje się z wyższej kondygnacji ciemnej twierdzy rzeczywistości? Kto czai się w zaułkach niekończących się tuneli i korytarzy? Jakie jest jego pochodzenie? Czy jest on może historycznością systemu, która wciąż pożera czas? Czy jest może łowcą dusz wrażliwych i wilgotnych-tych co się wyłamują i pytają o serce labiryntu? Jak śmieją go szukać? A może to sam twórca-demiurg zabawiający się w obcego-obserwatora? Czy jego imię to demoniczne zaklęcie, które człowiek tak często wykrzykuje poprzez swoją rozpacz o rozkosz?

Iluzja ma swoje prawa, swoją złamaną logikę. Pełna fałszywych elementów, które niczym trujące rośliny kryją w sobie piękno i śmiertelne dotknięcie. To rodzą zakazane owoce! Mechanizm labiryntu-złowrogi, lecz jakże oczywisty. Istoty naszego pokroju układają tablice interpretacji, są tacy, co tworzą iluzję podczas iluzji, kreują sen podczas snu. Co z nimi? Czy chaos-oddech Boga jest przez nich rozumiany? A może na powrót, jak naiwne dzieci, słyszą tylko demoniczne syki? Dalej, głębiej, bardziej wewnątrz...? Biedne istoty bez prawdziwej tożsamości. Jesteśmy samotni w swojej osobowości, zagubieni we własnej jaźni; płytsi, głębsi-różni, a jednak identyczni. Bez znaczenia i bez trwałości, nasza historia wchłaniana przez system i zamykana do archiwum kosmologii, byliśmy przez chwilę, z tymże chwila stanowi całkowity niebyt. Wędrując po labiryncie-wielu pomieszczeń, korytarzy, tuneli i schodów, pośród kolorów jednej tylko, ubogiej palety upatrujemy znajomych twarzy-ciepłych obrazów. Kto to obmyślił? Kto w całej tej mistyfikacji obmyślił plan? Czemu drzwi miałyby być odnalezione w drugiej osobie? Jak można było być tak naiwnym? Czemu jesteśmy odurzeni poszukiwaniem wyjścia, którego nie ma? Czy nie wystarczy, że ślepi religią, głusi sztuką, pozbawieni smaku nauką, dotykamy wszystkiego, aby odnaleźć drugiego. I potem chwyć go za rękę, ścisnąć, pocałować. Po co? Czy tylko dlatego, aby raźniej było ginąć, cierpieć? Czy aby ból istnienia dokuczał tym bardziej-pragniemy posiąść innych? Ktoś z zewnątrz za tym stoi. To z pewnością oni! To jeźdźcy poszarpanej wizji, to prowokatorzy nie z tego świata. To oni dla swojej sarkastycznej uciechy pozwalają , aby pojedyncze istnienia konając przyciągały uwagę i dzieliły się odejściem w niebyt z innymi. Wielkie, misterne, wzniosłe, ciepłe uczucie miłości. Pełne w rzeczywistości wściekłego samouwielbienia! Jakże słaby i błahy element oporu wobec systemu. I nawet po uwzględnieniu nienawiści, przeciwnego bieguna, rezultat wciąż ten sam. Mdłe zabijanie formy przez materię, w imię czego? Agonia udziela się tym, co wokół konającego. Czemu nie rozumiemy istot odchodzących po cichu, w ukryciu, czemu zakłócamy im spokój przejścia do pełnej pustki? To jedyna radość w całej chwili bycia w iluzji-przejście n stronę prawdziwego niebycia, pełnego bezczucia, bezświadomości.

Ci wszyscy uwikłani w załomy labiryntu-noszący nadzieję, że skoro ma on strukturę, to ktoś go zbudował. Ktoś osiągalny, może nawet nastawiony dobrze do tych, co cokolwiek poczynili w jego stronę. A jedyne prawo do minimalnej dawki ducha mają ci, co się przebudzają w zapomnieniu i potrafią choć przez chwilę żyć bez mamroczącej siły iluzji tego świata, bez energii czasu, przestrzeni i psychiki. A dalej jak w odległych krainach żyją i tacy, którzy są jeszcze bardziej inni. To ci, którzy dotarli do serca labiryntu. To ci, którzy odnaleźli ogród. To tamci, którzy dotarli do zakazanej sali. Trafili tam przypadkiem albo zaprowadzeni zostali przez intuicję - golema ich własnych osobowości. Cóż tam robią? Są jak dzieci pośród niewinnych zabaw. Doświadczają niewiedzy tak pełnej, że czują szczęście, stają się ciepli w swojej roślinnej naiwności, ale tam nie grozi im tylko zimno. Choć niewiele istoty mieszka w ogrodzie, czują się jak tłum radosnej społeczności-zupełnie jak mieszkańcy doskonałej utopii, w której nie potrzeba nawet prawa. To jedyna nadzieja, ich światło słodkiej niewiedzy, pełnego zapomnienia jest jedynym quasi-wyjściem, a przecież nie całkowitym.

Źródło drgnień, poziom zrozumienia , fala ogarniająca system i noc dojrzewania błysku oka na jego przerażającej twarzy-czemu? Dlaczego jesteśmy tak bardzo zawieszeni w okolicznościach, historyczności, czasie, miejscu? Dlaczego nie chcecie pytać o autora i jego zamiary? Ale na sposób wewnętrzny, dany przez system. Religia, sztuka, nauka to syki, płomienne frakcje iluzji. I nawet smuga filozofii-ostatniej władzy dotykającej powierzchni otchłani bytu nie jest już wystarczająco silna, by przeprowadzić. To wszystko to równomierny dźwięk wprowadzający we wieczną hipnozę. Czy postawieni pośród tego ogromnego miejsca niekończącej się gry, nie możemy pytać: dlaczego? Czy musimy ślepo grać według zasad? Ktoś pozwolił przecież na strużkę zwątpienia, ktoś pozwolił zaglądać na drugą stronę bytu. Przecież potrafimy, choć przez sen, jak lunatycy pytać o to, co jest poza iluzją. My wszyscy zagubieni nie tylko wśród monstrualnego labiryntu, ale również w dżungli swoich własnych osobowości, czyż nie pytamy o sens gdzieś wewnątrz? Ale moment po osiągnięciu pełnych, ekstatycznych lub przenikających odpowiedzi, już idziemy dalej i wciąż błądzimy bez żadnej konsekwencji. Gdzie jest ogród? Ten odnajdą tylko wybrani. Wystarczy przeżyć tę chwilę, potem nastąpi cicha ulga. Ten stan, te istoty, ten obserwator-system jest jeden nieograniczony. Oto era tego co w iluzji niby mit dopiero na nas czeka. Na tym polega otchłań bytu, która została już nazwana niejednokrotnie. Czemu tu tyle fałszu, czemu wiemy o jawnej iluzji? Czyż nie rozumiecie-świat skończył się przed sekundą, jeden milimetr stąd, jedną myśl temu! Gdzież więc jesteśmy? W krainie szczęśliwości? W kraju cierpienia? W ojczyźnie pustki? Jest tylko jedno miejsce-przestrzeń, która miała rację bytu-w naszych świadomościach i tylko w nich.

Dojście do sedna jest jak osiągnięcie szczytu rozkoszy lub rozpaczy, teraz wszyscy doświadczamy uwikłania. A jest to największe uwikłanie, wszechogarniający spisek. Istniejemy w piekle! Tylko ono pozostało. Jasność odpowiedzi i tak nas zaślepia. Nie pojęte, ale realne-tak jak iluzja o świecie, historyczności, wszystkim tu i tam. Przecież i piekło należało zorganizować, ułożyć w kosmos, zamknąć w but. A, że jest tylko ono...cóż wszechogarniający byt jest jeden, system jest przez to pełniejszy i bogatszy. Więcej możliwości w układzie zawierającym całość... Tylko całość czego? Jeszcze większego, dynamicznego kłamstwa?



dominique 2001/2002